LEGENDY, BAŚNIE, PRZYPOWIEŚCI

Czym jest bajka w życiu człowieka? Czy może posiadać moc leczenia tego, co ukryte głęboko w psychice? Jeśli tak, to skąd bierze swoją terapeutyczną siłę, jaki wpływ wywiera i jak daleko sięga w naszą podświadomość?

Teksty literackie od zarania dziejów stanowiły bardzo istotną formę przekazu informacji, ale nie tylko do tego ograniczała się ich rola. Potrafiły poruszać serca, wywoływały emocje, tłumaczyły to co niewytłumaczalne i trudne, stanowiły formę komunikacji.

Jedną z takich form literackich była i jest baśń, pełna magii, niesamowitości i cudów. Baśniowa czarodziejska rzeczywistość jest przyjemnym środowiskiem rozwijającym wyobraźnię. Czytelnik porwany w ciekawy przyjazny świat poznaje losy bohaterów i przeżywa razem z nimi różne perypetie. Jest obserwatorem wydarzeń prowadzących do szczęśliwego zakończenia.

"Bajka jest magicznym lustrem pozwalającym spojrzeć inaczej na to, co wydaje się trudne i nie do pokonania?

1. Bajka o dzbanie 16. Bajka o mistrzu osiemnastu broni
2. Ogród Zen 17. Bajka o mnichu i wojowniku
3. Kamienie 18. Bajka o samuraju
4. Opowieść o mnichu i samuraju 19. Bajka o utajonym błogosławieństwie
5. Bajka o szewcu Sun Shi Ho 20. Gwoździe w płocie
6. Kogut bojowy 21. Kamieniarz
7. Baśń o edukacji księcia 22. Cztery świece
8. Stary człowiek i anioł 23. Odwaga
9. Samuraj i mistrz zen 24. Miłość
10. Konfucjusz i łowca cykad 25. Przypowieść o tratwie
11. Trzech synów mistrza 26. Przypowieść o ośle
12. Czystość umysłu - O dwóch wędrowych mnichach 27. Stary mistrz i koń
13. Bajka o złym panie 28. Złodziej siekiery
14. Bajka o rosnącym ryżu 29. Orzeł
15. Bajka o meduzach 30. Rybak

 


BAJKA O DZBANIE

Pewien nosiwoda miał dwa ogromne dzbany, w których codziennie przynosił wodę ze strumienia do domu. Jeden z dzbanów docierał pełny, zaś drugi miał pęknięcie i udawało się donieść tylko połowę jego pojemności. I tak przez dwa lata nosiwoda przynosił do domu jedynie półtora dzbana wody.

Oczywiście doskonały dzban był bardzo dumny ze swoich osiągnięć, z tego, że tak dobrze wykonuje swoje zadanie. Ale biedny pęknięty dzban był pełen wstydu w związku ze swą wadą i smucił się tym, że jest w stanie wykonać tylko połowę tego, do czego został stworzony.

Po dwóch latach swych klęsk, dzban pewnego dnia nad strumieniem przemówił do nosiwody.

- Wstyd mi bardzo i chcę cię przeprosić.

- Za co – spytał zdziwiony nosiwoda.

- Przez ostanie dwa lata byłem w stanie wykonać tylko połowę mojego zadania. Przez pęknięcie na mojej powierzchni woda wyciekała przez całą drogę do domu. Moja wada sprawiła, że część twojej pracy idzie na marne. – odparł dzban.

- Gdy będziemy teraz wracać do domu, proszę cię byś się przyglądał dokładnie naszej drodze. – poprosił nosiwoda czując współczucie dla biednego dzbana.

W drodze powrotnej dzban zauważył, że wzdłuż ścieżki, którą pokonywali każdego dnia, rosną przepiękne kwiaty. To go trochę rozweseliło, jednak w domu znów poczuł się bardzo źle i zaczął przepraszać nosiwodę. Ten powiedział:
- Czy zauważyłeś, że kwiaty rosną tylko po twojej stronie ścieżki? Jest tak dlatego, że wiedziałem o twojej wadzie i wykorzystałem ją. Zasiałem kwiaty po twojej stronie dróżki, a ty codziennie je podlewałeś wyciekającą wodą. Przez dwa lata mogłem zbierać przepiękne kwiaty i stawiać je na stole. Bez ciebie nie byłoby tyle piękna w moim domu.

Każdy z nas ma swoje wady. Wszyscy jesteśmy pękniętymi dzbanami.

do góry |

 

 


OGRÓD ZEN

Jednym z najwspanialszych miejsc w Kyoto jest Ogród Zen, gdzie na piasku rozmieszczono kamienie. Pierwotnie było ich szesnaście. Wieść głosi, że zaraz po ukończeniu swojej pracy ogrodnik zaprosił cesarza do obejrzenia ogrodu.

"To jest najcudowniejszy ogród w całej Japonii" - powiedział cesarz. "A to jest najpiękniejszy kamień w całym ogrodzie."

Po tych słowach natychmiast usunął kamień, który wzbudził tak wielki zachwyt cesarza.

"Teraz ogród jest doskonały"- powiedział do cesarza - "bowiem nie ma w nim nic, co szczególnie rzucałoby się w oczy, i można go już oglądać w całej jego harmonijnej pełni."

Na ogród, podobnie jak na życie, trzeba patrzeć w całości.
Jeśli zatrzymamy się zbyt długo nad pięknem jednego szczegółu, reszta wyda nam się brzydka.

do góry |

 

 


KAMIENIE

Mistrz postawił na stole duży słój, a obok tuzin kamieni i ostrożnie zaczął nimi napełniać słój. Gdy wypełnił go po same brzegi, zapytał swoich uczniów - "Czy ten słój jest pełny?"

Cała grupa zgodnie odpowiedziała - "Tak!" "Naprawdę?" - zapytał Mistrz i wyciągnął spod stołu wiadro ze żwirem. Zaczął go wsypywać do słoja. Żwir wypełniał luki pomiędzy kamieniami. Wtedy zapytał jeszcze raz - "Czy ten słój jest pełny?" "Najprawdopodobniej nie"- odparł jeden ze śmielszych uczniów.

"Dobrze!"- odparł Mistrz i wyciągnął spod stołu wiadro z piaskiem. Następnie zaczął wsypywać do słoja piasek, który wypełniał przestrzeń pomiędzy kamieniami i żwirem. Jeszcze raz zapytał - "Czy słój jest pełny?" Teraz wszyscy zgodnie krzyknęli - "Nie!"

Ponownie Mistrz zgodził się z uczniami i zaczął wlewać do słoja wodę. "Jakie są wnioski z takiej demonstracji?"- zapytał Mistrz. "Wniosek jest taki" - zaczął jeden z uczniów- "Nie ma znaczenia jak pełny jest Twój harmonogram. Jeśli chcesz tego naprawdę, to zawsze coś zmieścisz do środka".

Mistrz pokiwał głową i zapytał - "Czy gdybym najpierw wsypał piasek mógłbym włożyć tyle kamieni?" Uczniowie byli zgodni - "Nie!" Mistrz rzekł więc do nich - "Przyjaciele, to co umieszczałem w słoju, to są wasze priorytety. Tylko wy decydujecie, które są dla was najważniejsze. Musicie najpierw włożyć kamienie, bo inaczej później nie uda się ich umieścić w słoju. Nie zajmujcie się rzeczami, które nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia (żwir, piasek), gdyż nie starczy wam czasu na rzeczy wielkie i istotne."

do góry |

 

 


OPOWIEŚĆ O MNICHU I SAMURAJU

Pewnego dnia mistrz poprosił mnicha Gakudo by zaniósł list do mistrza ceremonii herbaty, który mieszkał w sąsiedniej wiosce. Gakudo posłusznie wziął list, ukłonił się przed mistrzem i wyruszył w drogę. Gdy miał przekroczyć jedyny most prowadzący do wioski, drogę zastąpił mu potężny samuraj o przerażającym spojrzeniu. Mnich usiłował go okrążyć, jednak samuraj nie pozwolił mu przejść.

- Ślubowałem, że będę walczył ze stoma osobami, które będą chciały przejść przez ten most. Ty jesteś setną osobą - powiedział.

Gakudo przełknął ślinę i odpowiedział:
- Niosę bardzo ważny list, który muszę dostarczyć do rąk własnych. Proszę pozwól mi przejść, Gdy wykonam zadanie wrócę i tak jak chcesz, stawię Ci czoła.

- Niech tak będzie, ale wracaj szybko - odpowiedział samuraj.

Gakudo dotarł do domu mistrza ceremonii herbaty, oddał mu list, ukłonił się głęboko i stanął bez ruchu.
- Dlaczego nie odchodzisz? - zapytał mistrz.

Gakudo opowiedział o spotkaniu z samurajem i dodał, że nie potrafi posługiwać się mieczem.
- Rozumiem! - odarł mistrz - Dałeś słowo. Nie mogę ci pomóc i z pewnością zginiesz. Mogę cię nauczyć, w jaki sposób umrzeć. Weźmiesz to kyosaku* i staniesz przed samurajem na rozstawionych nogach. Uniesiesz kij nad głową i zamkniesz oczy. Potem skoncentrujesz się na długim i głębokim wydechu. Gdy na szczycie głowy poczujesz parzący ból, będziesz martwy. To bardzo łatwe.

Mnich ukłonił się o odszedł w kierunku mostu. Samuraj dostrzegł go i zawołał: - Jesteś gotów?
- Tak, tak!
odparł Gakudo i pomyślał: "Muszę podnieść kij nad głowę, rozstawić nogi, zamknąć oczy i wydychać długo, głęboko i niezauważalnie"

Minęła chwila i samuraj, który sam przyjął gardę, patrzył na swojego przeciwnika ze zdumieniem. Pomyślał: "Nie rusza się nawet gdy udaję że będę atakował. Nie reaguje. Już kilka razy go okrążyłem, a on trwa bez ruchu. Jest uzbrojony w prosty kij, na którym jest napisane "Droga nie-strachu" i cały czas ma zamknięte oczy. Na pewno jest silny i rozłupie mnie dopiero w ostatniej chwili. Samuraja przepełniły wątpliwości i nie odważył się zaatakować. Nigdy jeszcze nie spotkał podobnego przeciwnika.

W tym samym czasie Gakudo myślał: "Czuję gorąco w głowie, wszystko jest ciche, na pewno już umarłem. Samuraj z pewnością rozciął mi czaszkę na pół".

Samuraj nie mógł dłużej wytrzymać napięcia. Upuścił miecz i padł przed mnichem na kolana błagając: - Proszę, oszczędź mnie! Jaki styl praktykujesz i kto jest twoim mistrzem. Zdradź mi swój sekret!

Gakudo pojął, co się stało i odpowiedział: Gdy już się nie boimy umrzeć, zaczyna się prawdziwe życie.

do góry |

 

 


BAJKA O SZEWCU SUN SHI HO
Autor: Jan Brzechwa

W Pekinie mieszkał szewc Sun Shi Ho, słynny na całe Chiny. Nikt nie był w stanie dorównać jego mistrzostwu i zewsząd przybywali książęta, zamorscy kupcy i zwykli podróżnicy, pragnący nabyć niezrównane wyroby pekińskiego szewca. Kiedy jego sława obiegła już cały świat, Syn Nieba wezwał swych mandarynów i rzekł:
- Nasz sławny Sun Shi Ho marnuje się przy szewskim kopycie. Tak znakomity mąż wart jest lepszego losu.

Postanowiłem zamianować go dowódcą mojej floty.
Gdy po kilku dniach Sun-szi-ho przegrał wielką bitwę morską, cesarz nadał mu order Złotego Smoka III klasy i rzekł:
- Mianuję cię Głównym Nadzorcą Plantacji Herbaty.

W porze zbiorów okazało się jednak, że wszystkie zasiewy zgniły i nie osiągnięto nawet jednej setnej dorocznych plonów. Syn Nieba zasmucił się, wezwał do siebie Sun Shi Ho, przypiął mu własnoręcznie order Złotego Smoka II klasy i rzekł: - W nagrodę za wierną służbę zrobię cię Naczelnym Hodowcą Wielorybów.

Po pół roku jednak wszystkie wieloryby pozdychały i nawet na cesarskim stole nie pojawiała się odtąd zupa z płetw wielorybich, stanowiąca ulubiony chiński przysmak. Syn Nieba przywołał do siebie Sun Shi Ho, ofiarował mu order Złotego Smoka I klasy i pokiwał ze smutkiem ukoronowaną głową. A nazajutrz zebrał swych mandarynów i rzekł:

- Nie mogę pojąć, czemu mój znakomity Sun Shi Ho okazał się tak złym Dowódcą Floty, tak nieudolnym Nadzorcą Plantacji Herbaty i tak kiepskim Hodowcą Wielorybów. Co mam z nim teraz począć?

- A może by - odezwał się nieśmiało najstarszy mandaryn - a może by polecić mu, żeby robił buty?

- Dobra myśl - ucieszył się Syn Nieba - świetna myśl! Wcale mi to nie przyszło do głowy.

I wezwawszy do siebie Sun Shi Ho rozkazał mu, aby zajął się szewskim rzemiosłem. Sun Shi Ho padł na kolana dziękując cesarzowi nowy dowód łaski i zabrał się niezwłocznie do szycia przepięknego obuwia, słynnego na cały świat. Nikogo to nie zdziwiło, albowiem - jak uczy Konfucjusz - nawet najlepszy szewc nie może dać z siebie więcej, niż potrafi.

do góry |

 

 


KOGUT BOJOWY
Chuang Tzu "Droga"

Chi Hsing Tzu układał koguty do walk dla króla Hsuana. Właśnie szkolił dorodnego ptaka. Król wciąż dopytywał, czy kogut może już stanąć do zawodów. Chi Hsing Tsu odpowiedział:
Jeszcze nie... Ma za dużo ognia. Gotów jest bić się z każdym innym ptakiem. Jest próżny i dufny we własne siły.

Po dziesięciu dniach ponownie odparł:
Jeszcze nie. Zacietrzewia się, gdy słyszy pianie innego koguta.

A po dalszych dziesięciu:
Jeszcze nie. Wciąż przybiera ten gniewny wygląd i stroszy pióra.

Po kolejnych dziesięciu dniach Chi Hsing rzekł:
Teraz jest już prawie gotów. Na krzyk innego ptaka nawet nie mrugnie okiem. Stoi nieruchomo jakby był z drewna. To dojrzały wojownik. Inne ptaki raz na niego spojrzą i uciekną.

do góry |

 

 


BAJKA O EDUKACJI KSIĘCIA

Żył w odległych czasach Król, który miał piętnastoletniego syna. Książę wychowywał się jednak w pięknych pałacach, pośród wielu służących. To bardzo martwiło Króla, gdyż był on przekonany, że przez takie wychowanie jego syn nigdy nie będzie godnym następcą tronu. Dlatego też Król postanowił wezwać starego Mędrca, żyjącego w odległych lasach. Mędrzec przybył do pałacu na wezwanie Króla.

Po złożonej obietnicy nauczenia Księcia mądrości i bycia dobrym królem, Mędrzec zabrał chłopca i odjechali w daleki las. Po przybyciu na miejsce Mędrzec nauczył młodego księcia jak wyszukać pożywienie, jak je przyrządzić oraz jak przetrwać w dżungli. Następnie pozostawił go samego w lesie. Przyrzekł mu jednakże, iż wróci nie później niż za rok.

Gdy minął rok Mędrzec powrócił i zapytał Księcia czego nauczył się o lesie. Książę odpowiedział mu:
- Mam tego już dość! Chciałbym wrócić do pałacu. Potrzebuję służących. Nienawidzę tego miejsca. Zabierz mnie zatem do domu.

Starzec jedynie odpowiedział:
- Bardzo dobrze. Zrobiłeś już postęp, lecz nie jest on wystarczający. Proszę, zostań tutaj jeszcze na następny rok, a ja powrócę znowu by cię odwiedzić.

Po tych słowach Mędrzec ponownie opuścił chłopca. Minął następny rok i Starzec znowu powrócił do lasu. Ponownie zadał Księciu to samo pytanie. Tym razem Książę odpowiedział:
- Widzę ptaki, widzę drzewa, widzę kwiaty i zwierzęta.

Jego umysł zaczynał akceptować otaczającą przyrodę i chłopiec poznał swoją rolę w dżungli. Mędrzec był zadowolony i powiedział:
- Zrobiłeś duży postęp, jednakże to jeszcze nie wystarczy. Dlatego musisz pozostać tutaj jeszcze następny rok.

Tym razem Książę nawet nie był zły. Mędrzec ponownie go opuścił. Minął następny rok i Mędrzec wrócił. Tym razem kiedy zapytał Księcia, czego się nauczył, młody człowiek odpowiedział:
- Czuję przelatujące ptaki, okoliczne drzewa, czuję ryby i zwierzęta oraz wiele rzeczy, które mnie otaczają.

Usłyszawszy te słowa Mędrzec był bardzo zadowolony i powiedział:
- Teraz mogę zabrać cię do domu. Jeśli potrafisz odczuć rzeczy dziejące się wokół ciebie, będziesz w stanie pokierować uczuciami ludzi i będziesz dobrym królem.

Następnie Mędrzec zabrał Księcia z powrotem do pałacu.

do góry |

 

 


STARY CZŁOWIEK I ANIOŁ
Chińska bajka ludowa
Tłumaczenie Piotr Wieczorek

Był sobie kiedyś stary rolnik, który miał 90 lat i bardzo dobre serce. Mimo tego, że poruszał się wolno, a jego plecy były przygarbione, jego oczy iskrzyły się miłością i śmiechem. Był znany ze swojej życzliwości oraz chęci do pomagania bliźnim. Mimo swojego wieku codziennie pracował na polu i dzielił się jedzeniem z każdym, kto był głodny.

Pewnego dnia, ze względu na jego dobroć odwiedził go anioł i powiedział, że stary rolnik może wypowiedzieć jedno życzenie, które zostanie spełnione. Stary człowiek mógł sobie zażyczyć wielu rzeczy, ale zamiast wypowiedzieć życzenie rzekł do anioła: "Mam dużo jedzenia i jestem błogosławiony darem wielkiej miłości. W moim wieku jest bardzo niewiele rzeczy, które chciałbym mieć. Ale, zanim umrę, chciałbym się dowiedzieć, czym naprawdę są Niebo i Piekło".

Anioł poprosił go, aby przytrzymał się jego peleryny i po chwili znaleźli się przy piekielnej bramie. Po jej przejściu zdziwiony rolnik znalazł się w pięknej zielonej dolinie. Wokół długiego stołu z najbardziej różnorodnym i smakowitym jedzeniem, jakie kiedykolwiek widział siedziało dużo ludzi.

Wszyscy trzymali w swoich dłoniach duże chochle do jedzenia. Kiedy poszedł bliżej zobaczył również, że ludzie siedzący wokół stołów wyglądają na wyniszczonych i wycieńczonych z głodu. Nie mógł zrozumieć tego, co zobaczył. Po chwili zobaczył, że wszyscy z nich mieli wyprostowane i zablokowane ramiona tak, że nie mogli ich zginać, i dlatego nie byli w stanie podnieść jedzenia do ust.

"Tak" - westchnął rolnik - "To rzeczywiście jest Piekło".

Szybko powrócił do Anioła i jego cudownego płaszcza. Po chwili znaleźli się przy bramie Nieba. Znowu zobaczył zieloną dolinę i wielu ludzi siedzących wokół stołów z pełnych wszelkiego pożywienia. W tym miejscu również wszyscy mieli chochle, które trzymali w wyprostowanych i zablokowanych ramionach. Ale Ci ludzie wyglądali na zdrowych oraz byli uśmiechnięci i zadowoleni - jak to jest możliwe?.

Stary człowiek przyglądał im się przez chwilę, po czym jego twarz rozjaśnił uśmiech pełen zrozumienia, - ponieważ ludzie pomagali sobie nawzajem w jedzeniu.

"Ach, teraz rozumiem" - powiedział - " To rzeczywiście jest Niebo".

do góry |

 

 


SAMURAJ I MISTRZ ZEN

Pewien samuraj miał opinię niecierpliwego i pobudliwego. Mistrz Zen, znany ze znakomitych zdolności kulinarnych, stwierdził, że wojownikowi należy dać lekcję, zanim stanie się jeszcze bardziej niebezpieczny. Zaprosił więc samuraja na obiad.

Samuraj przybył o wyznaczonej porze. Mistrz Zen poprosił, aby się rozgościł, dopóki ten nie skończy przygotowania posiłku. Czas mijał. Samuraj zaczynał się niecierpliwić. Po chwili zawołał:
- Mistrzu Zen! czy zapomniałeś o mnie?

Mistrz Zen wyszedł z kuchni.
- Bardzo przepraszam - powiedział ale przygotowanie obiadu zabiera więcej czasu niż myślałem.
I wrócił do kuchni.

Znów minął długi czas. Samuraj siedział i robił się coraz głodniejszy. W końcu zawołał, le nieco łagodniejszym głosem niż poprzednio:
- Mistrzu Zen - proszę. Kiedy podasz obiad?

Mistrz Zen wyszedł z kuchni.
- Bardzo przepraszam. Opóźnia się jeszcze trochę ale to już długo nie potrwa.

I znów wrócił do kuchni.
Minął jeszcze długi czas, aż w końcu samuraj nie mógł już ścierpieć czekania. Wstał boleśnie rozczarowany i wściekle głodny. W tym samym momencie mistrz Zen wszedł do pokoju z tacą zastawioną potrawami. Pierwszym daniem było miso shiru*.

Samuraj z wdzięcznością konsumował zupę, oczarowany jej bukietem smakowym.
- Och, mistrzu Zen - zawołał - to najlepsza miso shiru, jaką kiedykolwiek jadłem! Naprawdę zasługujesz na swą reputację doskonałego kucharza.

- To nic takiego - odparł mistrz Zen skromnie - to tylko miso shiru.

- Prawdziwie magiczna zupa! - samuraj odstawił pustą miskę - Jakich tajemnych przypraw użyłeś, by wydobyć ten smak?

- Żadnych szczególnych - odrzekł mistrz Zen.

- Nie, nie - nalegam, żebyś powiedział. Ta zupa jest tak niesamowicie smaczna!

- No dobrze, powiem Ci...

- Wiedziałem! - wykrzyknął samuraj , pochylając się, by lepiej słyszeć - Musiało być coś, co sprawiło, że tak pysznie smakowała. No powiedz wreszcie, co to było?

Mistrz Zen rzekł spokojnie: Dodałem troczę... czasu...

(*) zupa sojowa

do góry |

 

 


KONFUCJUSZ I ŁOWCA CYKAD

Konfucjusz i jego uczniowie zmierzali do księstwa Ch'u. Kiedy wyszli z lasu, natknęli się na garbusa nabijającego latające cykady na czubek swojej laski.

- Cóż za zręczność - zawołał mistrz, przystając aby się temu przyjrzeć - jaką technikę stosujesz?

- Najpierw - odrzekł garbus - praktykowałem balansowanie kulkami na lasce. Po pięciu czy sześciu miesiącach mogłem utrzymać jednocześnie dwie w ten sposób, by nie spadły. Wtedy chybiałem tylko kilka owadów. Przeszedłem do trzech kulek i wówczas chybiałem jedną cykadę na dziesięć. A kiedy potrafiłem już utrzymać pięć kulek, to łapałem wszystkie cykady bez wysiłku.

- Kiedy skupiam całą swoją uwagę, moje ciało staje się niczym pień, a ramiona - niczym gałęzie drzewa. Niebiosa i ziemia są wielkie, a dziesięć tysięcy rzeczy mnoży się wokół mnie - ale nie zwracam na nie uwagi, a tylko na skrzydełka cykad. Mój umysł nie chwieje się, moje ciało zachowuje równowagę. Przy takim podejściu, jak mogłoby mi się nie udać?

Konfucjusz odwrócił się i rzekł do swoich uczniów:
- Pamiętajcie stare przysłowie: "Kiedy czyjaś wola jest nieporuszona jego moc wzrasta". Jakże wspaniałe ten człowiek pokazuje dziś jego prawdziwość.

do góry |

 

 


TRZECH SYNÓW MISTRZA

Dawno temu w Chinach, żył pewien wielki mistrz miecza, który został zaproszony do odwiedzenia domu innego mistrza tej sztuki. Ci dwaj mistrzowie, rozmawiając i popijając herbatę, wspominali swą młodość i wielkie wyczyny. Rozmowa stopniowo zmierzała ku ich własnym rodzinom i postępom, jakie czynią ich synowie.

Gospodarz miał trzech synów, którzy poświęcili swe życie dla osiągnięcia mistrzostwa we władaniu mieczem, tak jak zrobił to ich ojciec i dziad i ojciec ich dziada. Bardzo chcąc pokazać zdolności swych synów; a jednocześnie dać im lekcję, ojciec mrugnął porozumiewawczo do swego gościa. Ostrożnie, niczym kot wziął on ciężką wazę z wnęki w ścianie i umieścił ją nad uchylonymi drzwiami, którymi wchodziło się do pokoju. Waza była w takiej pozycji, że kiedy otwierano drzwi spadała na głowę wchodzącego.

Z błyszczącymi oczami obaj starzy mistrzowie wrócili do herbaty i rozmowy, byli oni cierpliwi i mieli wiele spraw do przedyskutowania. Po pewnym czasie, wielki mistrz, zawołał swego najstarszego syna. Naturalną rzeczą jest, że najstarszy syn natychmiast usłyszał wezwanie ojca i szybko stanął przed drzwiami. Dało się zauważyć prawie niedostrzegalną pauzę. Syn spokojnie odsunął drzwi prawą ręką wchodząc i unosząc jednocześnie lewą otwartą rękę ku górze. Chwycił ciężką wazę zanim zaczęła spadać, obrócił się w kierunku pokoju, unosząc ją nad głową. Pięknym gestem zasunął drzwi i umieścił wazę w jej dawnym położeniu, ponad nimi. Następnie, bez słowa i zbędnego gestu ukłonił się z szacunkiem starym mistrzom.

Twarz ojca promieniała kiedy dokonywał prezentacji, mówiąc: "To jest mój najstarszy syn". Jego stary przyjaciel patrzył w oczy syna przez długi moment. Potem uśmiechając się szeroko i wykonując w kierunku ojca głęboki ukłon odrzekł: "Jestem bardzo szczęśliwy. On nauczył się wszystkiego bardzo dobrze i stał się mistrzem miecza. Jest on wart Twego nazwiska". Teraz ojciec i syn odkłonili się, a w oczach starego mistrza stanęły łzy, kiedy dowiedział się, że jego stary przyjaciel uznał jego syna mistrzem miecza.

Po niedługim czasie ojciec zawołał znów, tym razem wzywając średniego syna, który także odpowiedział szybko. Podszedł on do drzwi i natychmiast je otworzył. Kątem oka spostrzegł spadającą wazę, a jego działanie było szybkie i celowe: zwinnie i szybko usunął się w bok chwytając wazę w ramiona. Jego zaskoczone oczy przebiegły po pokoju patrząc pytająco na wszystko i wszystkich. Grzecznie stłumił instynktowną chęć okrzyku lub pytania, odwrócił się do drzwi, zamknął je i po chwili wahania ustawił wazę w jej poprzedniej pozycji.

Ukłony zostały wymienione, a ojciec przedstawił go tymi słowy: "To jest mój drugi syn. On nie umie zbyt wiele, ale uczy się pilnie i staje się każdego dnia coraz lepszy". Gość uśmiechnął się, ukłonił im obu i odrzekł: "Rozwija się on doskonale i pewnego dnia stanie się on dla ciebie źródłem chluby".

Przez kilka chwil nikt nic nie mówił, myśląc o tym co on powiedział i co się zdarzyło. Gospodarz poruszył się i dolał herbaty do czarki przyjaciela. Obaj wypili w milczeniu. Potem odstawiwszy czarkę, z lekkim stuknięciem, na lakierowany blat stołu, stary mistrz klasnął w ręce i zawołał swego najmłodszego syna.

Jak to często bywa z najmłodszymi, był on nieco powolny w reagowaniu na wezwanie ojca. W ostatniej chwili próbował nadrobić swą powolność, przebiegając ostatni odcinek drogi do drzwi. Kiedy odsunął drzwi i wkroczył do pokoju, ciężka waza spadła, zadając mu silny cios w głowę. Uderzywszy go, waza odbiła się, i w tym momencie najmłodszy syn obrócił się jak strzała, wyjął miecz i przeciął ją na połowy zanim zdążyła ona opaść na tatami przykrywającą podłogę. Był on taki wściekły, że nie czuł bólu. Chłopiec schował swój miecz bez należytego oczyszczenia i uśmiechnął się do wszystkich szczęśliwie lecz w sposób nieśmiały i z zażenowaniem.

"To jest mój najmłodszy syn" - powiedział stary mistrz z niedwuznacznym, udawanym uśmiechem. "Jak sam widzisz, musi się on jeszcze długo uczyć".

"Ach tak" - odpowiedział stary przyjaciel. "Jednak jest on bardzo szybki i bardzo silny".

W czasie tego popołudnia ojciec był uhonorowany przez gościa, który rozmawiał ze wszystkimi trzeba synami, pytając ich o szkoły i nauczycieli. Na przemian żartował, to mówił poważnie, a trzej synowie tak byli zafascynowani gościem, że zanim spostrzegli, zapadł zmrok i gość wstał szykując się do wyjścia.

Jest w zwyczaju dawać przyjaciołom mały podarunek, zanim odejdzie się z ich domu. Mistrz dał znak synom.

Najstarszy ukłonił się bardzo nisko i otrzymał piękną, złotą szpilkę z małym diamentem. Stary mistrz patrzył długo w jego oczy, ale nie powiedział ani słowa.

Młodszy syn ukłonił się bardzo nisko i dostał ciężką księgę, oprawioną w doskonałą skórę. Mistrz powiedział: "Stronice tej księgi są nie zapisane, tak jak niezapisane są stronice twego życia. To co na nich napiszesz, zależy tylko od ciebie".

Trzeci, najmłodszy syn, także ukłonił się bardzo nisko i otrzymał piękny, błyszczący, srebrny zegarek kieszonkowy. Mistrz powiedział mu: "Jeżeli chcesz się uczyć, musisz zacząć od doceniania czasu. Potem, kiedy będziesz to umiał, nigdy nie będziesz go marnował. Nawet, kiedy nie będziesz nic robił".

Dwaj starzy mistrzowie uścisnęli się zwyczajem ludzi sztuk wojennych i honorowy gość odszedł, zostawiając po sobie smutek i pogodę ducha.

do góry |

 

 


CZYSTOŚĆ UMYSŁU - PRZYPOWIEŚĆ O DWÓCH WĘDROWYCH MNICHACH

Pewnego dnia, dawno, dawno temu w starożytnych Chinach, dwóch buddyjskich mnichów szło polną drogą. Był to ładny dzień na spacery, ale w mgnieniu oka pogoda się zmieniła - zaczął padać silny deszcz a niebo zasłoniły czarne chmury. Mnisi schronili się przed deszczem pod dużym drzewem. Kiedy deszcz ustał, kontynuowali swoją wędrówkę po zabłoconej ścieżce jaką stała się droga. Dotarli do miejsca, w którym cała droga była zalaną wodą tak, że nie można był iść dalej nie mocząc sobie nóg. Po drugiej stronie kałuży zobaczyli piękną kobietę, która rozdzierająco płakała.

Spytali się, co ją trapi - "Wyruszyłam z domu, aby odwiedzić swoją matkę, ale nie mogę przejść przez tą kałużę na drugą stronę" - wyszlochała. Jeden z mnichów postanowił jej pomóc, przeszedł przez wodę i przeniósł ja na plecach na drugą stronę. Kobieta podziękowała mu i ruszyła w dalszą drogę.

Mnisi kontynuowali swoją podróż, ale po pewnym czasie, ten z nich, który nie pomógł kobiecie, powiedział ze złością, "Dlaczego to zrobiłeś? Jesteśmy mnichami i nie wolno nam dotykać kobiet. Szczególnie takich jak ona, - która jest młoda i bardzo piękna..." Drugi z nich odpowiedział "Czyżbyś dalej niósł ją na swoich plecach, bracie? Ja porzuciłem myśli o niej dawno temu."

Przyjaciele, czy jesteście w stanie wyrzucić ze swojego umysłu myśli, które ciągle wam przeszkadzają, czy też jesteście tak mądrzy, że potraficie usunąć ze swojego umysłu to, co nie jest potrzebne i zachować wewnętrzny spokój? Czy wolicie żeby kierowały wami wasze emocje, czy też wasza mądrość?

do góry |

 

 


BAJKA O ZŁYM PANIE

Dawno temu pewien człowiek służył panu, który miał okropny charakter i za grosz cierpliwości. Niezależnie od wysiłków jakie podejmował wciąż był przez niego obwiniany i bity. Dziwne było jednakże to, służący był zawsze radosny, zaś jego pan smutny i przygnębiony.

W końcu jakiś życzliwy obserwator, który nie mógł zrozumieć tego zjawiska postanowił zapytać służącego dlaczego zawsze jest radosny skoro tak źle go traktują. Sługa odparł:

- Codziennie dostajemy jeden dzień życia, pół dnia spędza się na jawie, drugie pół we śnie. Chociaż za dnia jestem służącym i mój pan traktuje mnie okropnie, w nocy śnię o tym, że jestem królem i tysiące sług dba o mój komfort. Spójrz na mojego pana: w ciągu dnia jest szalony, przygnębiony, chciwy i nieszczęśliwy. Nocą ma koszmary i nie zdarzyła mu się nawet jedna spokojna noc. Jest mi naprawdę przykro z powodu mojego pana. W porównaniu z nim jestem o wiele szczęśliwszy.

do góry |

 

 


BAJKA O ROSNĄCYM RYŻU
komentarz - Dr. Yang Jwing-Ming
Tłumaczenie Piotr Wieczorek

Dawno temu w Chinach był pewien rolnik, który każdego dnia pracował bardzo ciężko na swoim ryżowym polu. Ponieważ pracował bardzo ciężko, każdego roku on i jego żona mieli dużo jedzenia. Pewnego dnia rolnik przyszedł na pole i zauważył, że niektóre z roślin rosną szybciej niż inne.

Zaczął się nad tym zastanawiać i pomyślał "Ale byłem niemądry! Dlaczego nie miałbym pomóc wszystkim roślinom aby rosły wyższe? Jestem bardzo sprytny że to wymyśliłem!"

Wszedł na swoje pole i zaczął podciągać o centymetr wyżej każdą sadzonkę ryżu. Ciężko pracował podciągając rośliny, aż na koniec dnia zrobił to na całym swoim polu. Wyprostował się i popatrzył na pole, czując się bardzo z siebie dumny.

"Jeśli podniosę każdego dnia, każdą sadzonkę tylko o jeden centymetr, wtedy już za kilka tygodni będą mógł rozpocząć zbiory". Bardzo z siebie zadowolony wrócił do domu na kolację.

Kiedy obudził się następnego dnia rano był bardzo poruszony. Szybko zjadł śniadanie, i pobiegł na pole żeby znowu pomóc rosnąć sadzonkom ryżu. Kiedy tam dotarł, z przerażeniem zauważył że wszystkie rośliny zwiędły. Wtedy zrozumiał, że podnosząc sadzonki żeby szybciej rosły, zniszczył jednocześnie ich korzenie.

Wiele rzeczy musi być robionych powoli, stopniowo i bardzo cierpliwie moi przyjaciele. Czasami myślisz, że znalazłeś drogę aby osiągnąć swój cel lepiej i szybciej, ale tak naprawdę niszczysz to co już osiągnąłeś*. Mądry człowiek wyciąga naukę z przeszłości, postępuje ostrożnie dzisiaj, i spokojnie myśli o przyszłości.


(*) W cywilizacji zachodniej funkcjonuje podobna koncepcja - możesz coś uzyskać SZYBKO, DOBRZE albo TANIO ale pod jednym warunkiem... to coś może posiadać tylko dwie z tych trzech cech ;-)

 

do góry |

 

 


BAJKA O MEDUZACH

Pewien staruszek wybrał się z wnuczką na spacer brzegiem morza. Traf chciał, że tego dnia morze wyrzuciło na piasek setki meduz. Pochylił się starzec, choć ciężko mu było, wziął do ręki meduzie istnienie i wrzucił do wody. Później drugie, trzecie i dziesiąte. Dzielnie pomagała mu przy tym dziewczynka.

Obserwował to stary rybak i westchnął:
- Ludzie, co wy robicie? Codziennie sztorm wyrzuca tysiące meduz! Wasze działanie nie ma sensu!

A dziadek, którego krzyż już od schylania bolał, wyprostował się i rzekł:
- Może dla ciebie nie, ale dla każdej z tych meduz, którą wrzucę do wody ma to, gwarantuje ci, kolosalne znaczenie.

do góry |

 

 


BAJKA O MISTRZU OSIEMNASTU BRONI

Mieszkańcy wioski Heilincun nękani byli przez bandytów z sąsiedniej wioski, którzy regularnie odbierali im część zbiorów. Władze co jakiś czas urządzały akcje łapania bandytów, ale bez większego rezultatu, gdyż przekupieni urzędnicy zawsze wcześniej ostrzegali bandytów. mieszkańcy wioski wybrali najsilniejszego z wioskowych młodzieńców i wysłali go po naukę sztuki walki do mistrza znanego jako Mistrz Osiemnastu Broni, wyposażając go w zapasy ryżu, którymi miał zapłacić za naukę.

Mistrz Osiemnastu Broni przyjął zapłatę i obiecał nauczyć młodzieńca wszystkiego co sam umie. Na początek kazał swemu nowemu uczniowi napełnić misę wodą, i klepać powierzchnię wody, aż w misie nie będzie już wody. Uczeń miał to powtarzać wielokrotnie raz za razem. Minęło wiele dni, podczas których uczeń powtarzał tylko to jedno ćwiczenie, cierpliwie czekając aż mistrz zacznie go uczyć czegoś więcej.

Minął rok. Uczeń postanowił zapytać mistrza, czego będzie się uczył w drugim roku. Mistrz nadal kazał mu klepać powierzchnię wody. Minął drugi rok. Uczeń znów zapytał, czego będzie uczył się dalej, a mistrz znów polecił mu wykonywać tylko to jedno ćwiczenie. Minął trzeci rok. Uczeń był już całkowicie przekonany, że teraz rozpocznie prawdziwą naukę. Mistrz jednak, tak jak poprzednio polecił mu klepać wodę. Tym razem uczeń stracił cierpliwość.

- Ćwiczyłem przez trzy lata, wykonując twe polecenia, a ty nie nauczyłeś mnie jeszcze niczego. Dość ! - krzyknął, jednocześnie uderzając otwartą dłonią powierzchnię wody w misie. Cała zawartość misy została opróżniona przy pomocy tego jednego klepnięcia. Uczeń znieruchomiał, kompletnie zaskoczony. Mistrz uśmiechnął się i powiedział:
- Nauczyłem cię wszystkiego, co sam potrafię. Możesz już wrócić do swojej wioski.

Gdy młodzieniec wrócił do wioski, urządzono na jego cześć wielką ucztę, zapraszając także mieszkańców sąsiedniej wioski, by przekazali bandytom wiadomość, że jeden z młodzieńców pobierał nauki u Mistrza Osiemnastu Broni i sam jest teraz Mistrzem Osiemnastu Broni. Rozstawiono wiele stołów, zastawionych jadłem, sadzając młodzieńca na honorowym miejscu. Obok przygotowano różne rodzaje broni.

Po uroczystym powitaniu i toastach poproszono młodego Mistrza Osiemnastu Broni, by wybrał jakąś broń i zademonstrował posługiwanie się nią. Młodzieniec zaczął się wymawiać, jako że nigdy nie uczył się walki bronią. Wtedy jego ojciec zaczął mu wyrzucać, że cała wioska złożyła się na jego naukę, a on ich tak traktuje, nie chcąc zademonstrować co umie. Wtedy młodzieniec szybko powstał i krzycząc:

- Ale ja naprawdę nic nie umiem! - uderzył w stół. Rozległ się huk i stół rozpadł się na dwie części. Ojciec młodzieńca i pozostali mieszkańcy wioski zaczęli go uspokajać, mówiąc, że nie musi już niczego demonstrować, bo jego umiejętności są oczywiste.

Od tej pory bandyci nie nękali już wioski, której bronił Mistrz Osiemnastu Broni. Także jego synowie i wnukowie cieszyli się ogromną sławą, jako Mistrzowie Osiemnastu Broni.

do góry |

 

 


BAJKA O MNICHU I WOJOWNIKU

Stary mnich wędrował górską drogą. Gdy nad górami rozszalała się gwałtowna burza, zaczął rozglądać się za jakimś schronieniem. Z radością dostrzegł wielką jaskinię w pobliżu drogi i schronił się pod jej okapem. Po chwili do jaskini wkroczył wojownik w pełnej zbroi. Wraz z liczną eskortą i tragarzami szukał on, tak jak i mnich, schronienia przed deszczem. Gdy dostrzegł mnicha, poczuł nieodpartą chęć nawiązania z nim rozmowy. Mimo, że mnich prawie się nie odzywał, wojownik już po chwili opowiadał o swoich wielkich wyczynach.

- Jestem największym wojownikiem południa i północy - mówił - Nie ma w kraju nikogo, kto by mnie pokonał.

Jego wspaniała mieniąca się wszystkimi barwami drogich kamieni i cennych metali zbroja lśniła w półmroku jaskini. Za szerokim, nabijanym stalowymi ćwiekami pasem zatknięte miał dwa ogromne miecze. Przez jedno ramię przewieszony miał potężny łuk, a przez drugie kołczan pełen strzał. Jego hełm ozdobiony był potężnymi rogami diabła, a przyłbica przedstawiała maskę czarnego demona. Otoczony sługami, niosącymi za nim liczne włócznie i halabardy wyglądał niezwykle groźnie.

- Widzisz te skrzynie mnichu? - mówił - Są wypełnione dyplomami jakie otrzymałem od największych mistrzów sztuk wojennych. Moje imię wyryte jest na pomnikach licznych bitew i widnieje w honorowych księgach wielu szkół sztuki walki. Czy ty masz choć jeden taki dyplom mnichu?

- Nie mam żadnego panie. Jestem tylko mnichem i studiuję księgi.

- Ach księgi! - ciągnął wojownik - One tylko opisują historię, a ja ją tworzę! Co ty możesz wiedzieć z ksiąg?

- Wiem, u czym pisał wielki Lao Tsy w swoim dziele Tao Te Tsing - odparł mnich, który od pewnej chwili pisał coś na zwoju papieru.

- A cóż on mógł opisać? Czy jakiś filozof mógł znać zgiełk wielkiej bitwy, czy mógł wyobrazić sobie potęgę mojego ramienia, ostrze mojego miecza i celność mojej strzały?

- Wybacz panie, ale muszę już wyruszać w dalszą drogę. Był to dla mnie wielki zaszczyt poznać tak wielkiego wojownika. Pragnę podarować ci panie skromny prezent, na jaki stać biednego mnicha. Może nie pogardzisz mą kaligrafią i wzbogaci ona twą kolekcję dyplomów - powiedział w pewnej chwili mnich i zbierając się do wyjścia z jaskini, wręczył wojownikowi zwój papieru.

Zaskoczony wojownik przyjął zwój, a mnich skierował się do wyjścia. Wtem grom szalejącej na zewnątrz burzy uderzył w górę, w której znajdowała się jaskinia. Wielki głaz oderwał się od stropu jaskini i spadał prosto na mnicha. Z szybkością i lekkością o jaką nikt by go nie podejrzewał mnich wyskoczył w górę, obrócił się w powietrzu i silnym kopnięciem rozbił głaz na drobne części. Gdy w jaskini opadł pył z rozbitego głazu, mnicha w niej już nie było.

Osłupiały wojownik rozwinął zwój otrzymany od mnicha. Był na nim wypisany werset ze starożytnego dzieła mistrza Lao Tsy: "Wielcy mistrzowie milczą, wiele mówiący nie wiedzą. Prawdziwej siły nie widać".

do góry |

 


BAJKA O SAMURAJU

Podczas okupacji Okinawy przez ród Shimazu, znany z gwałtownego charakteru samuraj, wybrał się do swego dłużnika po odbiór pieniędzy. Dłużnikiem tym był prosty rybak. Choć termin spłaty upływał, nie był on w stanie zdobyć pieniędzy. Bojąc się gniewu wierzyciela, skrył się nad brzegiem morza. Poszukiwanie dłużnika zajęło samurajowi cały dzień, a wraz z upływem czasu rósł jego gniew. Gdy ostatecznie odkrył kryjówkę rybaka, bez namysłu wyciągnął miecz by dać upust swej furii.

- Panie! Nim mnie zabijesz, pozwól, że zapytam o coś! - krzyknął rybak.

- Ty niewdzięczny ! Pożyczyłem ci pieniądze, gdy byłeś w potrzebie, dałem ci rok na spłatę, a jak ty postępujesz? Mów szybko, bo czasu masz mało!

- Panie, jest mi naprawdę bardzo przykro. Chciałem ci tylko powiedzieć, że właśnie rozpocząłem naukę sztuki walki bez broni. Pierwszą rzeczą, jakiej mnie nauczono, była zasada mówiąca - Jeśli twoja ręka rusza do przodu powstrzymaj swój gniew, gdy wyprzedza cię twój gniew - wycofaj rękę. Czy jest to zasada prawdziwa?

Słysząc te słowa z ust prostego rybaka samuraj momentalnie ochłonął.
- W porządku. Tak jest w istocie - odrzekł chowając miecz do pochwy - Pamiętaj jednak, że przyjdę tu za rok - dodał - i wtedy lepiej byłoby, gdybyś miał pieniądze - po czym odszedł.

Samuraj dotarł do domu późno. Zgodnie ze zwyczajem chciał głośno obwieścić swój powrót, gdy dostrzegł strużkę światła sączącą się z drzwi jego sypialni. Zajrzał więc cicho do wnętrza i zobaczył swą żonę śpiącą u boku kogoś obcego, odzianego w strój samurajski. Krew uderzyła mu do głowy i wyciągnąwszy miecz chciał runąć do komnaty, gdy w uszach zabrzmiały mu słowa usłyszane od rybaka. Powstrzymał się więc i wycofawszy się, głośno oznajmił swój powrót. Żona poderwała się z łóżka i wybiegła mu na spotkanie. U boku jej stanęła jego własna matka ubrana w szaty swego syna, w strój, który miał odstraszyć intruzów podczas nieobecności pana domu.

Po roku samuraj ponownie odbył podróż do prowincji Itoman.
- Miałem dobry rok, oto zwrot pożyczki. Nie wiem jak ci dziękować panie! - rzekł na jego widok rybak.

Samuraj położył mu rękę na ramieniu i powiedział:
- Zatrzymaj pieniądze. Nic nie jesteś mi winien, to ja jestem twoim wielkim dłużnikiem.

do góry |

 

 


BAJKA O UTAJONYM BŁOGOSŁAWIEŃSTWIE

Dawno temu, na równinach poza Wielkim Murem chińskim, żył pewien życzliwy starszy człowiek. Miał on w życiu tylko dwie pasje: hodował rzadkie rasy koni i utrzymywał syna, kochając go, jak niczego innego na świecie. Zarówno starzec, jak i jego syn potrafili codziennie jeździć na swoich koniach pokonując znaczne odległości. Handlowali też nimi, poznając w ten sposób nowych ludzi. Cieszyli się, że życie jest dla nich takie łaskawe i sprzyja im dobry los.

Pewnego ranka służący zapomniał zamknąć drzwi do stajni, w której przebywały ulubione ogiery staruszka. Jeden z nich uciekł. Kiedy sąsiedzi usłyszeli tę smutną wiadomość, wybrali się do jego domu, by go pocieszyć. Było im bardzo przykro z powodu tak wielkiego nieszczęścia, jakie spotkało ich sympatycznego, cichego sąsiada. Ale, ku powszechnemu zdziwieniu starszy człowiek stwierdził, że strata konia nie jest właściwie wielką tragedią, nie był przy tym też wcale zdenerwowany.

- To nie powód do smutku - stwierdził. - Nie sposób było przewidzieć, że koń ucieknie, nie można też teraz nic na to poradzić.

Sąsiedzi zrozumieli, ze nie mogą się przyczynić do złapania konia, nie powinni się także martwić sytuacją starszego człowieka. Tydzień później ogier wrócił prowadząc ze sobą klacz. Była to rasowa, bardzo cenna biała klacz. Sąsiedzi, gdy tylko usłyszeli o tym szczęśliwym wydarzeniu, przybyli, by pogratulować staruszkowi.

Ale i tym razem był on zupełnie spokojny. Wyjaśnił im, podobnie jak to zrobił wcześniej, że przybycie klaczy niekoniecznie prowadzi do szczęścia, i nie jest tym samym powodem do radości. Zakłopotani sąsiedzi szybko opuścili dom starszego człowieka.

Niedługo potem jego syn złamał sobie nogę podczas przejażdżki na pięknej klaczy. Koń poślizgnął się, i upadł na nogę, doprowadzając tym samym do tak groźnego upadku, że syn już przypuszczalnie zawsze będzie musiał utykać. Ponownie sąsiedzi odwiedzili dom staruszka, by wyrazić swoje współczucie, jeden z nich zasugerował sprzedanie konia, inny znów chciał go zabić, by się zemścić. Starszy człowiek na nic takiego się nie zgodził.

Wyjaśnił swoim sąsiadom, że nie powinni mu współczuć z powodu syna, ani przeklinać klaczy, bo przecież był to nieszczęśliwy wypadek, którego nikt nie mógł przewidzieć. Teraz już ani oni, ani on sam nie są w stanie niczego zmienić. Zdziwieni sąsiedzi doszli do wniosku, że staruszek oszalał i zostawili go w spokoju.

Dwa lata później na kraj najechali wrogowie i wszyscy mężczyźni zostali powołani do obrony. Syn starszego człowieka nie mógł walczyć, ponieważ miał niesprawną nogę. Wojna była bardzo okrutna i wielu ludzi zostało zabitych. Jego syn zaś ocalał, bo dwa lata wcześniej zraniła go biała klacz.

Bardzo często bywa, że szczęśliwe wydarzenie niesie za sobą tragiczny koniec, a nieszczęśliwy wypadek kończy się czymś dobrym. Dlatego więc nie powinieneś przejmować się, gdy spotka cię coś złego i nie zniechęcać się do dalszego działania, ani też zbyt mocno cieszyć się z dobrych kolei losu, wtedy np. gdy coś, czego bardzo pragnąłeś spełniło się szybko i łatwo.

do góry |

 

 


GWOŹDZIE W PŁOCIE

Pewien chłopiec bardzo często wpadał w złość. Ilekroć to się stało, nie potrafił zapanować nad swoim językiem. Pewnego dnia tata dał mu paczkę gwoździ i młotek.

- Za każdym razem kiedy stracisz panowanie nad sobą, wbij jeden gwóźdź w drewniany płot, który stoi za domem - przykazał.

Pierwszego dnia chłopiec wbił w płot 37 gwoździ. W ciągu następnych kilku tygodni liczba wbijanych gwoździ stopniowo malała, ponieważ chłopiec uczył się hamować i kontrolować emocje. Odkrył bowiem, iż łatwiej jest się opanować niż wbić gwóźdź w twarde drewno. Wreszcie przyszedł dzień, kiedy chłopiec nie wpadł w złość ani razu.

Kiedy powiedział o tym ojcu, ten zasugerował, żeby teraz każdego dnia, kiedy nie wpada w złość, wyjmował jeden gwóźdź z płotu. Dni mijały, aż wreszcie chłopiec pochwalił się ojcu, że wyjął już wszystkie gwoździe. Ojciec wziął syna za rękę i poprowadził go do płotu.

- Spisałeś się dobrze, ale spójrz na dziury w płocie - już nigdy nie będzie on taki sam. Kiedy mówisz różne rzeczy w złości, zostawiają one blizny, takie jak te tutaj. Jeśli wbijesz komuś nóż a potem go wyjmiesz - nie ważne ile razy za to przeprosisz, rana pozostanie. A potem blizna. Rany zadawane słowami, są tak samo bolesne jak te fizyczne, a często bardziej, bo zostają na dłużej.

Prawdą jest, że słowa ranią bardzo głęboko. Urazy fizyczne pewnego dnia się zagoją, ale urazy psychiczne, nawet jeśli wybaczymy - pozostają. Słowa mają tą dziwną właściwość, że im bardziej przykre, tym dłużej je pamiętamy. Odciskają piętno, którego żadne przeprosiny już nie zmyją. Zostają na zawsze. Zanim więc powiemy w złości cokolwiek, warto zastanowić się czy nie będzie to kolejna blizna na czyjejś duszy i czy chcielibyśmy, aby ktoś zostawił taką na naszej.... Odpowiedź zawsze brzmi: NIE.

do góry |

 

 


KAMIENIARZ

Żył sobie raz kamieniarz. Pracował on w pocie czoła w kamieniołomie. Pewnego dnia musiał pracować więcej niż zwykle, gdyż jego pracodawca zagroził mu wyrzuceniem z pracy. Słońce grzało niemiłosiernie, więc kamieniarz przysiadł sobie na chwilę na ziemi. Spojrzał wtedy w niebo i pomyślał:

"Ach, jak dobrze byłoby być Słońcem - wtedy mógłbym grzać ile chcę i dokuczać innym, zamiast tu cierpieć..."
 i stał się Słońcem. Teraz przyszło mu do głowy:

 "No! Teraz to nic mi nie zagrozi - jestem najsilniejszy!" i biegał nad światem, palił ludzi gorącem, aż pewnego dnia przesłoniła go Chmura. Nie potrafił za nic jej przegonić, więc zatrzymał się i pomyślał:

"Taka Chmura to jest silna. Nic jej nie ruszy. Chciałbym być Chmurą." i stał się Chmurą, więc pomyślał
"No! Teraz jestem dopiero najsilniejszy!". I zasłaniał świat, sprowadzał cień na ludzi, sprawiając, że złorzeczono mu.

Lecz pewnego dnia, kiedy uczynił mrok na jedną wioską nadszedł Wiatr i go zdmuchnął. Pomyślał wtedy:
"Taki wiatr to jest potężny! Muszę być Wiatrem - dopiero wówczas będę najsilniejszy!" i stał się Wiatrem. Hulał po świecie, zdmuchiwał dachy z domów niszczył wszystko swym oddechem, mimo to dnia pewnego natrafił na Kamień i o dziwo nie mógł go zdmuchnąć na bok.

"Taki Kamień to dopiero jest mocarz - chcę być Kamieniem!" pomyślał i stał się Kamieniem.
"No teraz nic juz mnie nie ruszy" przyszło mu na myśl, lecz ledwo to pomyślał, a poczuł jakby go coś łamało, kruszyło!

Spojrzał w górę i z przerażeniem spostrzegł rozłupującego go Kamieniarza.

do góry |

 

 


CZTERY ŚWIECE

Cztery świece płonęły powoli. Było tak cicho, że prawie usłyszałbyś ich rozmowę.

Pierwsza rzekła:
- Ja jestem pokój! Jednak nikt nie troszczy się o to, abym płonęła. Dlatego odchodzę.
Płomień stawał się coraz mniejszy, aż w końcu zupełnie zgasł...

Druga rzekła:
- Ja jestem wiara! Najmniej z nas wszystkich czuję się potrzebna, dlatego nie widzę sensu dłużej płonąć.
Gdy skończyła mówić, lekki podmuch wiatru zgasił płomień...

Trzecia ze świec zwróciła się ku nim i ze smutkiem rzekła:
- Ja jestem miłość! Nie mam siły dłużej świecić. Ludzie odsunęli mnie na bok, nie rozumiejąc mojego znaczenia. Zapominają kochać nawet tych, którzy są im najbliżsi.
I nie czekając ani chwili zgasła...

Nagle dziecko otworzyło drzwi i zobaczyło, że trzy świece przestały płonąć.
- Dlaczego zgasłyście? Świece powinny płonąć aż do końca.

To powiedziawszy dziecko rozpłakało się. Wtedy odezwała się czwarta świeca:
- Nie smuć się. Dopóki ja płonę, od mojego płomienia możemy zapalić pozostałe świece. Ja jestem nadzieja!


Z błyszczącymi od łez oczyma, dziecko wzięło w dłoń świecę nadziei i od jej płomienia zapaliło pozostałe świece.
Płomień nadziei nie powinien nigdy zgasnąć w Twoim życiu... Każdy z nas powinien podtrzymywać płomienie Pokoju, Wiary, Miłości i Nadziei!

do góry |

 

 


ODWAGA

Pewien człowiek wiecznie czuł się przygnębiony trudnościami życia.
Pewnego razu poskarżył się znanemu mistrzowi życia duchowego.

„Nie mogę tak dłużej! Życie stało się nie do zniesienia.”

Mistrz wziął garść popiołu i wrzucił do szklanki z kryształowo czystą wodą do picia, która stała przed nim i rzekł:
„To są twoje cierpienia.” Woda w szklance zabrudziła się, zmętniała. Mistrz wylał ją.

Mistrz wziął garść popiołu tak jak poprzednim razem i rzucił w morze.
W jednej chwili popiół rozproszył się w morzu, a woda morska pozostała tak samo czysta jak przedtem.

„Widzisz?” zapytał mistrz.
„Każdego ranka musisz zdecydować czy masz być szklanką wody czy morzem."

Nigdy nie uciekaj przed problemami...zawsze jest sposób by je rozwiązać...

do góry |

 

 


MIŁOŚĆ

Dziecko spacerowało plażą razem ze swą matką. W pewnej chwili dziecko zapytało:

- Mamo, jak można zatrzymać miłość, kiedy w końcu uda się ją zdobyć?

Matka zastanowiła się przez chwilę, potem schyliła się i wzięła dwie garście piasku. Uniosła obie ręce do góry; zacisnęła mocno jedną dłoń: piasek uciekał jej między palcami i im bardziej ściskała pięść, tym szybciej wysypywał się piasek. Druga dłoń była otwarta: został na niej cały piasek. Dziecko patrzyło wielkimi ze zdziwienia oczkami, a potem z uśmiechem odpowiedziało:

- Teraz już rozumiem!

Jeśli coś kochasz puść to wolno... Jeśli wróci jest Twoje... Jeśli nie... Znaczy to, że nigdy nie było.

do góry |

 

 


PRZYPOWIEŚĆ O TRATWIE

Pewien człowiek w trakcie długiej podróży dotarł nad rzekę. Spojrzał na nią i rzekł do siebie:

- Droga po tej stronie rzeki jest niebezpieczna i pełna przeszkód. Drugi brzeg wygląda na łatwiejszy do dalszej podróży. Jak jednak przeprawić się na tamten brzeg?


Po czym rozejrzał się dookoła i doszedł do wniosku, że może zbudować tratwę. Zrobił ją z gałęzi i trzciny. Po czym wsiadł na nią i bezpiecznie przepłyną rzekę.

Kiedy był już na drugim brzegu pomyślał:
- Tratwa okazała się dla mnie bardzo przydatna, nie powinienem porzucać jej na brzegu. Zbutwieje i ulegnie zniszczeniu. Zabiorę ją ze sobą.

Wziął ją na plecy i podążył w dalszą drogę. Z niepotrzebnym ciężarem na plecach.

do góry |

 

 


PRZYPOWIEŚĆ O OŚLE

Było to daleko stąd na pewnej farmie. Któregoś dnia osioł farmera wpadł do głębokiej studni.
Zwierzę krzyczało żałośnie godzinami, podczas gdy farmer zastanawiał się, co zrobić. W końcu farmer zdecydował. Zwierzę było stare a studnię i tak trzeba było zasypać. Nie warto było wyciągać z niej osła. Zwołał wszystkich swoich sąsiadów do pomocy.

Wzięli łopaty i zaczęli zasypywać studnię śmieciami i ziemią. Z początku osioł zorientował się, co się dzieje i zaczął krzyczeć przerażony. Nagle, ku zdumieniu wszystkich, osioł uspokoił się. Kilka łopat później farmer zajrzał do studni. Zdumiał się tym, co zobaczył.

Za każdym razem, gdy kolejna porcja śmieci spadała na ośli grzbiet, ten robił coś niesamowitego. Otrząsał się i wspinał o krok ku górze. W miarę, jak sąsiedzi farmera sypali śmieci i ziemię na zwierzę, ono otrzepywało się i wspinało o kolejny krok. Niebawem wszyscy ze zdumieniem zobaczyli, jak osioł przeskakuje krawędź studni i szczęśliwy, oddala się truchtem!

Życie będzie zasypywać cię śmieciami, każdym rodzajem brudów. Sposób, aby wydostać się z dołka, to otrząsnąć się i zrobić krok w górę. Każdy z naszych kłopotów to jeden stopień ku wolności...

do góry |

 

 


STARY MISTRZ I KOŃ

Przed sklepem na wąskiej uliczce w pewnej chińskiej wiosce stał uwiązany koń. Kiedy tylko ktoś próbował przejść obok, koń go kopał. Po jakimś czasie przy sklepie zebrał się spory tłum wieśniaków, dyskutujących nad tym, w jaki sposób przejść obok niebezpiecznego konia.

Nagle ktoś przybiegł krzycząc:
- Nadchodzi Stary Mistrz! On na pewno będzie wiedział, jak to zrobić!
Tłum czekał w napięciu. Stary Mistrz ukazał się za zakrętem, zobaczył konia i skręcił w inną uliczkę.

Ja widzicie, Mistrz wybrał działanie bez wysiłku :) Przypowieść pokazuje, że nie zawsze trzeba wybierać drogę walki i zmagania się. czasami można wybrać inną drogę, co nie znaczy, że gorszą.

do góry |

 

 


ZŁODZIEJ SIEKIERY

Pewien chłop nie mógł odnaleźć swojej siekiery. Podejrzewając, że zabrał ją syn sąsiada, zaczął go bacznie obserwować. Tamten miał typowy wygląd złodzieja siekier. Miał twarz złodzieja siekier. Słowa, które wypowiadał, mogły być tylko słowami złodzieja siekier. Cała jego postawa i wszystkie zachowania zdradzały człowieka, który ukradł siekierę...

I wtedy, zupełnie przypadkiem, chłop odnalazł swoją siekierę, przesuwając stos drewna.

Kiedy następnego dnia przyjrzał się jeszcze raz synowi sąsiada stwierdził, że nie ma on ani w wyglądzie, ani w postawie, ani w zachowaniu nic, co przypominałoby złodzieja siekier.

do góry |

 

 


ORZEŁ

Pewien człowiek znalazł jajko orła. Zabrał je i włożył do gniazda kurzego w zagrodzie. Orzełek wylągł się ze stadem kurcząt i wyrósł wraz z nimi. Orzeł przez całe życie zachowywał się jak kury z podwórka, myśląc, że jest podwórkowym kogutem. Drapał w ziemi szukając glist i robaków. Piał i gdakał. Potrafił nawet trzepotać skrzydłami fruwać
kilka metrów w powietrzu. No bo przecież, czyż nie tak właśnie fruwają koguty?

Minęły lata i orzeł zestarzał się. Pewnego dnia zauważył wysoko nad sobą, na czystym niebie wspaniałego ptaka. Płynął elegancko i majestatycznie wśród prądów powietrza, ledwo poruszając potężnymi, złocistymi skrzydłami. Stary orzeł patrzył w górę oszołomiony.

- Co to jest? - zapytał kurę stojącą obok.
- To jest orzeł, król ptaków - odrzekła kura. - Ale nie myśl o tym, ty i ja jesteśmy inni niż on.

Tak więc orzeł więcej o tym nie myślał. I umarł, wierząc, że jest kogutem w zagrodzie.

do góry |

 

 


RYBAK

Zamożny przemysłowiec z Północy był zdumiony, gdy ujrzał rybaka z Południa, który leżał koło swojej łodzi, paląc fajkę.

- Dlaczego nie wypłynąłeś na połów?- spytał.

- Ponieważ złapałem już dość ryb na dzisiaj - powiedział rybak.

- Dlaczego nie złapiesz więcej?

- A co bym z nimi zrobił?

- Mógłbyś zarobić więcej pieniędzy- usłyszał odpowiedź. – Mając więcej pieniędzy mógłbyś przymocować do łodzi silnik. A dzięki temu byś wypływał na głębsze wody i łapał więcej ryb. Wtedy mógłbyś zarobić dość pieniędzy, żeby kupić nylonowe sieci. Przyniosłyby ci  jeszcze więcej ryb i jeszcze więcej pieniędzy. Wkrótce miałbyś już dość pieniędzy, żeby mieć dwie łodzie, może nawet całą flotyllę. Wtedy byłbyś takim bogatym człowiekiem, jak ja.

- I co bym wtedy robił?

- Wtedy mógłbyś naprawdę cieszyć się życiem.

- A myślisz, że co ja teraz robię?

do góry |

 

 

GŁÓWNA | AKTUALNOŚCI | KLUB | GALERIA | VADEMECUM | LINKI | KONTAKT | KSIĘGA GOŚCI

©2008-2012 Adam Łomiński